Przewiń do góry
łubienski bez zdjecia (1)

Rozmowa z Karoliną Sulej

– autorką „Rzeczy osobistych. Opowieści o ubraniach w obozach koncentracyjnych i zagłady”

Magda Melnyk

MAGDA MELNYK: Wśród swoich zainteresowań naukowych, które wymieniasz na końcu książki, pojawiają się antropologia codzienności, płeć kulturowa i ubiór – trzy idealne komponenty do pisania herstorii. Bo przecież to właśnie na nich w znacznej mierze bazuje historia kobiet…

KAROLINA SULEJ: To prawda. Jako osoba, która poza zainteresowaniami naukowymi posiada również zamiłowania reporterskie, odkryłam, że herstorię rzeczywiście najlepiej pisze się z podbudową antropologiczną i znajomością tego, czym jest kulturowa kobiecość, w jaki sposób i przy pomocy jakich rekwizytów jest wytwarzana. Ale potrzebne są także ludzkie historie i umiejętność ich wysłuchania, ponieważ sam aparat krytyczny czasami nie wystarczy. Tych historii trzeba szukać samodzielnie, albo nadstawić ucho w taki sposób, aby je usłyszeć. Wydaje mi się, że niektóre opowieści dotyczące losów kobiet – choć oczywiście w jakimś stopniu również mężczyzn – były przez tak wiele lat zamknięte w archiwach i głowach pamiętających je osób, ponieważ  aparat krytyczny, stworzony do opowiadania o zagładzie, nie pomieścił w sobie tych historii i nie nadstawiał ucha na te realne ludzkie doświadczenia. Jestem w jakimś sensie zdradzieckim naukowcem, ponieważ uważam, że nauka powinna być uzupełniona o zwyczajne, ludzkie wyczulenie. Polska nauka po 1990 roku zbudowała sobie wiele wież z kości słoniowej, z których wygodnie obserwowała ludzkie życie – również kobiece – za pomocą ważkich pojęć i narracji. A wypadałoby, aby te naukowe historie niekiedy stykały się także z żywą ludzką pamięcią – taką, którą ktoś może nam ofiarować. W „Rzeczach osobistych” starałam się połączyć aparat krytyczny z pamięcią, która wciąż jeszcze zawiera historie przez nas nieusłyszane – z naszej własnej winy.

MM: Ogromnym walorem zarówno tej książki, jak i Twojej wcześniejszej twórczości, są spotkania z drugim człowiekiem. Opisy miejsc, ludzi, Twoje wchodzenie w interakcje za każdym razem pokazuje, że jesteś niezwykle ciekawa ludzi i bardzo empatyczna – zauważyłam to już podczas lektury „Własnego pokoju”, a „Rzeczy osobiste” dodatkowo utwierdziły mnie w tym przekonaniu. Chciałabym więc zapytać Cię o te spotkania, a także o ludzi, których poznałaś, pisząc ostatnią książkę.

KS: Najważniejszymi bohaterami są w tym przypadku oczywiście osoby, które przeżyły zagładę, natomiast cała książka powstała dzięki temu, że spotkałam na swojej drodze ludzi rozmaitych – pracowników muzeów, osoby, zajmujące się pielęgnowaniem przedmiotów po zmarłych, czyli stróży pamięci, a także wolontariuszy pamięci, którzy na własną rękę starali się zachować wspomnienia niemieszczące się w archiwach różnorakich instytucji. Spotkałam osoby, które – kiedy już zrozumiały, na czym polega moja praca – na własną rękę starały się podsuwać mi kolejne opowieści. Spotkałam konserwatorów, pracowników zapleczy ekspozycji i magazynów, pracowników naukowych z muzeów na całym świecie. Spotkałam osoby pilnujące, żeby na obiektach poholokaustowych nie odbywały się w Internecie fałszerstwa, a także będące dziedzicami pamięci bliskich osób, które przeżyły obozy i z nimi rozmawiałam z kolei o ich własnych doświadczeniach. Spotkałam wreszcie kluby przeżywców, które działają do dziś, jak np. klub byłych więźniów obozu Stutthof, który co miesiąc regularnie spotka się w Warszawie. Spotkałam także rekonstruktorów historii, którzy zastanawiają się jak ubrania, o których piszę, funkcjonują w pamięci i czy można, czy należy, odtwarzać pamięć o nich, rekonstruując tę historię. Był to pełen przekrój ludzi, którzy przyglądają się tym herstoriom i historiom z różnych stron. Do niektórych nie było mi łatwo dotrzeć – nie tylko do tych, którzy przeżyli i przeżyły zagładę, ale też do osób, które zajmują się choćby wspomnianą rekonstrukcją historyczną dotyczącą mundurów niemieckich, ponieważ osoby te boją się kontaktu z dziennikarzami, sądząc, że będą uznane za propagatorów nazizmu, a ich praca zostanie spłaszczona i wykorzystana jako łatwy wytrych do rozumienia historii.

rzeczy osobiste

Rzeczy osobiste. Opowieść o ubraniach w obozach koncentracyjnych i zagłady
Karolina Sulej
Wydawnictwo Czerwone i Czarne, 2020
Liczba stron: 456

W jaki sposób przebiegały takie spotkania?

KS: „Rzeczy osobiste” powstawały przez dziesięć lat, co wiele mówi o tym, jak wiele różnych stopni trudności trzeba było pokonać, aby książka mogła ujrzeć światło dzienne. Niektóre wynikały z tego, że do danej osoby trudno było mi dotrzeć ze względu na dzielącą nas odległość, inne – że zazwyczaj miałam do czynienia z osobami starszymi, które miały lepszy albo gorszy dzień, co trzeba było zrozumieć i uszanować, a jeszcze kolejne że musiałam przedzierać się przez różne wątpliwości i lęki. Dlatego każdą rozmowę zaczynam zawsze od przedstawienia się, wytłumaczenia, w jakim celu przychodzę i zawracam komuś głowę oraz w imię czego chcę napisać taką, a nie inną książkę. Postanowiłam, że „Rzeczy osobiste” nie powstaną, jeśli ktokolwiek, kto przeżył zagładę powie mi, że jest to pomysł absurdalny, niemający żadnego związku z jej/jego doświadczeniem, niezrozumiały albo obraźliwy. Najpierw mówiłam więc, jakie są moje przypuszczenia, prosząc jednocześnie o ich ocenę, a następnie o ewentualną opowieść. Wywiad to w pierwszej kolejności określenie swojego stanowiska i opowiedzenie o sobie możliwie najpełniej i najbardziej lapidarnie, aby osoba, z którą rozmawiamy, poczuła się bezpiecznie. Potem zostaje już tylko wsłuchiwanie się w historię.

Postanowiłam, że „Rzeczy osobiste” nie powstaną, jeśli ktokolwiek, kto przeżył zagładę powie mi, że jest to pomysł absurdalny, niemający żadnego związku z jej/jego doświadczeniem, niezrozumiały albo obraźliwy.

MM: Zauważasz jednak w książce, że Twoi rozmówcy najczęściej nie byli zaskoczeni pytaniami, które zadawałaś, ale raczej zdziwieni, że pytania te padają dopiero teraz.

KS: Tak, i myślę, że każdy, kto do końca przeczyta moją książkę, zrozumie dlaczego. Rzeczywiście wydaje się, że w świadectwach i wydanych do tej pory książkach nie ma zbyt wiele opowieści o codzienności poprzez rzeczy osobiste i ubrania. Ale im dłużej słucha się i szpera w tych historiach, tym większej nabiera się pewności, że elementy te widoczne są niemalże wszędzie. Czynność przypominania sobie obozu poprzez przedmioty i ubrania nie była dla osób, z którymi rozmawiałam, trudna, nieodruchowa czy niezgodna z tym, jak działa ludzka pamięć. Te wspomnienia pozostały na wierzchu, wciąż żywo pamiętane. Bardzo często przedmioty, uznane przez moich rozmówców z różnych względów za wartościowe, pozostały w ich domach – na przykład przez to, że wyszli w nich z obozu, albo że upamiętniały zwycięstwo życia nad śmiercią. Wystarczyło więc otworzyć szufladę i wyciągnąć rekwizyt, a pamięć od razu działała lepiej. Często, jeśli nawet przedmioty te nie przetrwały fizycznie, to w pamięci były przechowywane pod ręką.

Materialne, cielesne, intymne doznania wydają się w naszej kulturze błahe, niezwiązane z wielkimi ideami, polityką, narodem, tymczasem pamięć przycielesna jest bardzo trwała i buduje pewien rodzaj rozumienia doświadczenia, jakie przytrafiło się osobom, które przeżyły obozy.

Materialne, cielesne, intymne doznania wydają się w naszej kulturze błahe, niezwiązane z wielkimi ideami, polityką, narodem, tymczasem pamięć przycielesna jest bardzo trwała i buduje pewien rodzaj rozumienia doświadczenia, jakie przytrafiło się osobom, które przeżyły obozy. Wszystkie opowieści, które do tej pory wydawały się nam obowiązujące, oczywiste i odruchowe, nie są tak odruchowe i dokładne jak historie, które słyszałam. Przypominanie sobie tych rzeczy było dla moich rozmówców przeżyciem niezwykle emocjonalnym. Alicja GawlikowskaŚwierczyńska, jedna z moich rozmówczyń, powiedziała, że żeby dokładnie przypomnieć sobie to, o co ją zapytałam – ubrania czy doznania cielesne – musiała wykonać pracę Alicji w Krainie Czarów, zanurzyć się w tamtą rzeczywistość. Bo jest to właśnie tego rodzaju pamięć – trudna i zmysłowa. Ale z drugiej strony także taka, która najpełniej oddaje doświadczenie bycia tam, ze wszystkimi konsekwencjami. Dlatego tak bardzo zależało mi na powstaniu „Rzeczy osobistych” – bo miałam wrażenie, że nie mówiąc o tej jednostkowej, za każdym razem szczególnej materialności i cielesności, omijamy sedno obozowego doświadczenia.

MM: Podczas lektury Twojej książki dostrzegłam dwa procesy doświadczenia obozowego: proces dehumanizacji, czyli odbierania człowiekowi jego mienia, obcinania włosów, pozbawiania odzieży, a następnie – powolny powrót do człowieczeństwa poprzez „organizowanie sobie” właśnie rzeczy osobistych. Po wojnie zaczęto jednak wypierać kwestie związane z tamtą codziennością i jej elementami, porządkować narrację w bardzo określony sposób…

KS: Zależało mi na pokazaniu dwuwektorowości obozowego doświadczenia, ponieważ żeby w ogóle znaleźć się w obozie, najpierw trzeba było zatracić wszelkie jakości ludzkie, co dokonywało się poprzez czynności bolesne fizycznie, psychologicznie i symbolicznie, aby zredukować osobę do nie-osoby. Uniemożliwić jej myślenie o przeszłości, przyszłości i o swojej tożsamości, sprowadzić człowieka do nagiego życia, aby zabicie go było już tylko formalnością – zarówno dla tej osoby, jak i dla jej oprawcy, który nie musiał wówczas zastanawiać się nad tym, czy kogoś uśmiercić, bo nie był to już dla niego ktoś, ale coś – coś dziwnego, nieswojego, nieznanego, co można bez jakiegokolwiek rozrachunku moralnego zlikwidować.

Wydaje mi się, że niektóre opowieści dotyczące losów kobiet – choć oczywiście w jakimś stopniu również mężczyzn – były przez tak wiele lat zamknięte w archiwach i głowach pamiętających je osób, ponieważ aparat krytyczny, stworzony do opowiadania o zagładzie, nie pomieścił w sobie tych historii i nie nadstawiał ucha na te realne ludzkie doświadczenia.

Wszystkie te zabiegi na ciele, związane z odbieraniem najważniejszych rzeczy, które ludzie zabierali ze sobą w walizkach, rozbieranie ich z ubrań, z włosów – zdzieranie z nich całej kultury, było czynnością o tyle perfidną i okrutną, że ludzie, którzy zdawali sobie sprawę, iż jadą w nieznane na pewną śmierć, nie przypuszczali, że będą musieli w pierwszej kolejności oddać wszystko, co posiadają, aby na tę śmierć zasłużyć. Myśleli, że chociaż na poziomie symbolicznym „umrą ubrani”, że przynajmniej godność nie zostanie im odebrana.

Karolina Sulej (ur. 1985) – pisarka, reporterka, pisząca m.in do „Wysokich Obcasów”, „Pisma”, „Vogue”, doktorantka w Instytucie Kultury Polskiej UW, gdzie działa w Zespole Badań nad Pamięcią o Zagładzie. Autorka zbioru reportaży o polskiej modzie po 1990 roku „Modni. Od Arkadiusa do Zienia” (2015), książki non-fiction „Wszyscy jesteśmy dziwni. Opowieści z Coney Island” (2018), za którą była nominowana do nagrody im. Teresy Torańskiej. Współautorka zbioru reportaży „Przecież ich nie zostawię. O żydowskich opiekunkach w czasie wojny” (2018), oraz książki-komentarza „Własny pokój o Virginii Woolf” (Osnova 2019). Jest też jednym ze współautorów „Wanderlust – książki-gry komputerowej o podróżowaniu”, nominowanej do Paszportu Polityki 2019.

MM: W pewnym sensie same ofiary, odarte z człowieczeństwa, łatwiej poddawały się zniewoleniu…

KS: Tak, ten proces wymazywania stanowił zarazem część procesu likwidacji. Nie była to selekcja ku życiu, ale ku torturom z wykorzystaniem tego, co znaczy dla nas kultura materialna noszona na ciele – a znaczy po prostu nas. Motyw ten powtarza się w opowieściach więźniów – u Primo Levi’ego czy u wielu mniej znanych autorów, a w szczególności autorek. Zofia Krzyżanowska pisze, że proces ten odbierał jej prawo do godności do tego stopnia, że nie umiała o sobie myśleć nawet jako o bohaterce martyrologii. Więźniowie czy więźniarki przechodzili zatem przez proces odczłowieczenia także w swoich oczach. Po przydzieleniu im obozowych ubrań – pasiaków czy szmat – byli wcieleni do obozu wyśmiani i upokorzeni już na wejściu tymi niepasującymi i dręczącymi ich na różne sposoby strojami – śmierdzącymi, pełnymi robactwa, często po trupach – będącymi całunami, w których należało na dodatek ponad siły pracować. Po takich doświadczeniach i z takim wyposażeniem materialnym więźniowie decydowali się na walkę o siebie i prawo do bycia osobami poprzez podejmowanie prób odwrócenia wektora tego procesu. Było to możliwe dzięki wykorzystaniu rzeczy, które dostali i postępowaniu z nimi w taki sposób, aby przywrócić im osobiste znaczenie – tak je naznaczyć, tak ich użyć, tak o nich pomyśleć, aby stały się ocalające, a nie niszczące.

Moja książka mówi o tym, w jaki sposób rzecz, a w szczególności ubranie, może człowieka zniszczyć, ale także o tym, że dzięki ubraniu można się uratować – w zależności od tego, jak się je wykorzysta.

Moja książka mówi o tym, w jaki sposób rzecz, a w szczególności ubranie, może człowieka zniszczyć, ale także o tym, że dzięki ubraniu można się uratować – w zależności od tego, jak się je wykorzysta. Jest wiele heroicznych opowieści o życiu w obozach, ale mnie brakowało opowieści o tym, jakiego hartu ducha wymagało podźwignięcie się z tak mocnej i wielopoziomowej redukcji. To historia o sile rekwizytów i ubrania, pokazująca, w jaki sposób więźniowie sobie z tymi rzeczami radzili. Przekrój tych oddolnych działań, tej partyzantki odzieżowej, był ogromny – od osób, które znajdując się najniżej w obozowej hierarchii, na poziomie „zmuzułmanienia” musiały ratować się za pomocą zabiegów higienicznych czy gestów, które przypominały im, że nadal są ludźmi, aż po tych, którzy handlowali chlebem, aby zdobyć koszulę albo za pomocą stosunków międzyludzkich lawirowali w taki sposób, żeby móc zawiązać sobie wstążkę na warkoczu, który zdążył już odrosnąć. Chciałam pokazać, jak wielki był przekrój tych obozowych postaw, ale także jak bardzo chęć życia i praktyki związane z przetrwaniem wiązały się z ubraniami i rzeczami. Te uparte, szalenie wymagające fizycznie i psychicznie codzienne czynności wykonywali wszyscy, ponieważ było to konieczne dla utrzymania nadziei na przyszłość i bieżącego konstruowania rzeczywistości obozowej.

MM: To prawda – „Rzeczy osobiste” uzmysławiają, że codzienne czynności, takie jak mycie, ubieranie się, dbanie o swoje ciało nabierały w obozach cech czynów heroicznych, a widać to szczególnie w kontekście antropologii codzienności, którą się interesujesz.

KS: Przez to, że na co dzień czynności związane z naszym życiem codziennym i ciałem są dla nas niewidzialne, oczywiste i dostępne, odruchowo umieszczamy je w worku błahości. Okazuje się jednak, że odebranie nam możliwości praktykowania kultury codziennej pozbawia nas także tożsamości i chęci kontynuowania naszego bycia w świecie. Na przykładzie obozów najpełniej widać, jaką wagę miała ta codzienna błahość, te szczeliny istnienia, o których pisała Brach-Czaina, przypominające nam nieustannie o tym, kim jesteśmy. Bez tego rodzaju materialnego kręgosłupa szczególnie trudno jest zorientować się, po co żyć.

MM: Poświęcasz także uwagę ubiorom esesmanów i strażniczek, którzy i które pracowały w obozach.

KS: Od początku było dla mnie oczywiste, że takie rozdziały muszą się w książce znaleźć, ponieważ nie da się zrozumieć obozowej, odzieżowej materialności, jeśli nie umieści się jej w spektrum od najbardziej modelowego stroju więźnia, czyli pasiaka, aż do stroju oficera czy osoby pracującej w administracji obozowej. Między tymi dwoma strojami rozpięte jest całe napięcie władzy, podległości, zniewolenia, buntu, mimikry, manipulacji – wszystkiego, co wiąże się z czynnościami, dzięki którym więźniowie chcieli odzyskać pewien walor człowieczeństwa w oczach oprawcy, sprawić, aby nie zlikwidował tej nie-osoby, ale dostrzegł w niej kogoś podobnego. Interesowało mnie, jakim cudem jako ludzkość wymyśliliśmy tak bardzo wyraziste twory kulturowe. Bo na tę sytuację pracowały wieki psychologicznych zabiegów i historii ubioru.

Z drugiej strony strażnicy, a w szczególności strażniczki, również starali i starały się wokół mundurów wykonywać takie operacje, które w jakiś sposób by je zmiękczały, indywidualizowały, ponieważ stroje te zostały wymyślone tak, żeby wywoływać określone wrażenie i przeistaczać osoby je noszące w oprawców w sposób niemalże magiczny. Mundury i pasiaki były więc przeciwległe, ale momentami równie niekomfortowe dla swoich właścicieli, bo trudno w historii ubioru i relacji międzyludzkich spotkać ze sobą osoby w dwóch tak bardzo obciążonych psychologicznie i symbolicznie ubiorach: na jednym biegunie strój odczłowieczenia, pogardy i tortury cielesnej, a na drugim – strój supermana czy superwoman, dający poczucie absolutnej sprawczości i ideału człowieczeństwa. Ludzie w tych strojach stykali się ze sobą i naprzeciwko siebie, aby zarządzać życiem i śmiercią. Jedynym muzeum, które w pełni oddaje to napięcie, jest Muzeum Bojowników Getta w Hajfie, gdzie ubrania te patrzą na siebie zza stojących po sąsiedzku szklanych gablot.

Mundury i pasiaki były więc przeciwległe, ale momentami równie niekomfortowe dla swoich właścicieli, bo trudno w historii ubioru i relacji międzyludzkich spotkać ze sobą osoby w dwóch tak bardzo obciążonych psychologicznie i symbolicznie ubiorach – na jednym biegunie strój odczłowieczenia, pogardy i tortury cielesnej, a na drugim – strój supermana czy superwoman, dający poczucie absolutnej sprawczości i ideału człowieczeństwa.

Snucie opowieści poprzez strój nie pozwala na luksus dystansu – i to jest jego ogromnym walorem. Właśnie z tego powodu precyzyjnie dociera także do obozowego doświadczenia, cielesnego bycia tam. Opowieść o ubiorze jest śladem po człowieku i przebywaniu w danym miejscu, dlatego ubrania, będące zapisem ciała, generujące pewne napięcia i wpływające na swoich użytkowników, wydawały mi się szczególnie niesprawiedliwie pominiętą częścią historii.

MM: W książce podkreślasz, że zaraz po wyzwoleniu pojawiały się opowieści o codzienności obozowej. To samo dotyczyło uczestników i uczestniczek wielu innych wydarzeń, jak powstanie warszawskie czy gwałty na niemieckich kobietach w Berlinie. Osoby te na krótko po traumatycznych doświadczeniach spisywały wspomnienia tamtej rzeczywistości, nie cenzurując się. Sytuacja uległa zmianie dopiero w momencie, gdy więcej miejsca zaczęła zagarniać perspektywa polityczna, i zarazem męskocentryczna, mówiąca m.in. o tym, co jest heroizmem, a co nie.

KS: Polityka historyczna posługuje się mikrohistoriami jako budulcem i wszystko, co nie jest zgodne z jej myślą, zostawia na boku. Jak się okazuje, jest to zjawisko kolektywne, bo charakterystyczne nie tylko dla Polski wobec propagandy komunistycznej, ale też w krajach kapitalistycznych: w Stanach Zjednoczonych, Anglii czy Izraelu. Do momentu kongresu badaczek Holocaustu, które w 1985 roku zaczęły wprowadzać do badań perspektywę kobiecego doświadczenia, doznania cielesno-materialne były pomijane, postrzegane jako nieważne, a nawet potencjalnie obraźliwe, wartościujące życie obozowe. To cenzurowanie nasiliło się w trakcie procesu Eichmanna, kiedy owa narracja się budowała. W tamtym okresie powstał także „Dom Lalek” – pornografizująca historia o puffie obozowym Auschwitz I autorstwa Ka-Tzetnika, byłego więźnia, który pisał opowieści fabularyzowane na bazie swoich wspomnień. Suma tych czynników sprawiła, że kiedy byłe więźniarki mówiły o swoich doświadczeniach związanych z materialnością czy wyglądem, natychmiast kojarzyły się z kobietami, które będąc w obozie przypuszczalnie się sprzedały, a sam fakt, że przeżyły, budził dodatkowe podejrzenia.

Same obozy są historią na pewnym poziomie niewyobrażalną, dlatego nie dopuszczamy jej zbyt głęboko. Podobnie nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie ciągów liczb, jakie stoją za osobami, które tam zginęły. Ale osobiste przedmioty, które były czyjąś częścią i pozostają przesiąknięte tymi indywidualnymi emocjami, wzbudzają uczucia bardzo swojskie. Produkujące w nas refleksję. I jest to uniwersalna, międzykulturowa umiejętność.

Jedna z moich rozmówczyń, która nie znalazła się w książce, Tami Sinar, wymyśliła konkurs Miss Holocaust Survivor w Hajfie. Zaczęła go organizować razem z organizacją Helping Hand, mającą pod opieką dom spokojnej starości dla przeżywców. Tami pamiętała doświadczenia swojej matki, która jako kobieta, mimo że przeżyła zagładę, nie mogła w Izraelu opowiedzieć swojej historii, ponieważ raz po raz była uciszana. Jej cierpienie nie tylko nie zostało uhonorowane, ale wręcz potraktowano je w sposób pogardliwy i podejrzliwy. Moja rozmówczyni przypatrywała się temu jako córka i pomyślała, że należy tym kobietom przywrócić poczucie godności. Zwrócić szacunek dla ich kobiecości. Pokazać, że mają prawo być piękne, mówić o tym i żyć pełną piersią.

MM: No właśnie – osoby, które przeżyły Holocaust, nie miały w Izraelu łatwo, co było kolejnym okrucieństwem, jakie je spotykało. Bycie kobietą dodatkowo tę stygmę potęgowało.

KS: Dlatego wspominam w książce również o tym, że ten nacisk, aby jak najszybciej wrócić do normalności, co w przypadku kobiet oznaczało powrót do określonej kobiecości, urody, rodzenia dzieci i udawania, że nic się nie wydarzyło, był – szczególnie w Izraelu – bardzo silny. W Polsce opowieści dotyczące martyrologii również szybko tę kobiecą herstorię wypleniły, ponieważ z jednej strony była to historia związana z ideałami socjalistycznymi, a z drugiej – anty-opowieść o Bogu, religii, o pięknym oddawaniu życia za ojczyznę. Obie te narracje, mimo że przeciwstawne, wzajemnie się uzupełniały. W tym wszystkim było jednak ciało, seksualność i doświadczenie materialnego bycia w obozie – cała sfera, którą uznano za stabuizowaną, ponieważ była intymna. Jednakże fakt, iż był to temat wzbudzający dyskomfort u osób, które się temu przysłuchiwały, nie oznaczał, że był to temat nieważny dla osób, które mówiły – bo one chciały mówić. Patriarchalna rzeczywistość nie pozwalała im jednak na to zarówno na poziomie potocznym, jak i na poziomie politycznym.

MM: Tym, co bardzo przemówiło do mnie w wymiarze symbolicznym, było zdanie sobie sprawy, że tkanina zaczyna funkcjonować jako świadectwo samo w sobie. Że się nim staje. Opowiadasz historie konserwatorów tkanin, którym podczas studiów wpajana jest wiedza, że odnawiane przez nich ubrania mają wyglądać świeżo, nieskazitelnie. Tymczasem tutaj spotykamy się z materiałem, który jest przekazem życia danej osoby…

KS: Konserwatorzy tkanin martyrologicznych – a w Polsce ta młoda dziedzina jest domeną zaledwie kilku osób – opowiadali mi, że sami musieli uczyć się tego, jak najwłaściwiej wykonywać swoją pracę. Wyszło jednocześnie na jaw, iż nie są w stanie nadążyć z konserwowaniem zbiorów, które są w posiadaniu muzeów, ponieważ mimo że te ubrania są niezwykle cenne, nie ma na tego rodzaju działania odpowiednich dotacji. Takie tkaniny przez długi czas były traktowane jak śmieci. Starałam się pokazać, że przez wiele lat liczyła się przede wszystkim ilość rzeczy pozostałych po obozach, uzmysławiająca skalę zbrodni, natomiast nikt nie troszczył się o materialne zachowanie samego miąższu tej opowieści. A jej materialna strona jest niezwykle poruszająca, wymagająca przyjęcia perspektywy mikro, a nie makro, pokazująca, że każda nitka warta jest ocalenia. Podczas pisania książki zauważyłam jednak, że muzealna narracja powoli się zmienia. Że nie wystarczy już pokazać góry butów, ale także ostatnią część zelówki, bo ona również jest częścią historii. Dlatego owa umiejętność czytania tkaniny wydała mi się koniecznym uzupełnieniem historii o pamięci i nie-pamięci o rzeczach i ubraniach. Starałam się zobaczyć, co zostało w muzeach, a także co i w jaki sposób się nam pokazuje. To tak, jakbyśmy patrzyli na wierzchołek góry lodowej, bo zazwyczaj na ekspozycji jest niewielki procent tego, co muzea posiadają, a jeszcze więcej zachowują w swoich domach osoby, które przeżyły obozy, a także te, które poobozowe rzeczy zabrały, ponieważ wówczas same nie miały nic, a teraz na swoich strychach trzymają to ich wnukowie.

MM: W „Rzeczach osobistych” pokazujesz także, że sterta ciał może niekiedy zrobić na nas mniejsze wrażenie niż małe dziecięce buciki.

KS: Przyzwyczailiśmy się do myśli, że nasze rzeczy osobiste są z nami. Ale tak samo oczywiste było to dla ludzi trafiających do obozu. Dla zwiedzających również nieprawdopodobny jest obraz tak wielu rzeczy odebranych innym ludziom, dlatego dopiero widząc go, dociera do nich rodzaj gwałtu, który się dokonał. Przemawia to do nas uniwersalnie, bo widzimy, że niczym się od nich nie różnimy. Widząc stertę ciał, trupów, jest to tak straszliwy widok, że odrzucamy go, blokujemy się. Same obozy są historią na pewnym poziomie niewyobrażalną, dlatego nie dopuszczamy jej zbyt głęboko. Podobnie nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie ciągów liczb, jakie stoją za osobami, które tam zginęły. Ale osobiste przedmioty, które były czyjąś częścią i pozostają przesiąknięte tymi indywidualnymi emocjami, wzbudzają uczucia bardzo swojskie. Produkujące w nas refleksję. I jest to uniwersalna, międzykulturowa umiejętność.

MM: Rok temu, kiedy PiS zaczął atakować osoby LGBT mówiąc, że są ideologią, a nie ludźmi, podniosły się głosy, że język, którym opowiadaliśmy o dehumanizowaniu różnych grup społecznych, już nie działa, skoro jesteśmy gotowi na powtórzenie tych straszliwych procesów. Mam wrażenie, że twoja książka jest odpowiedzią na to zapotrzebowanie nowego języka.

KS: Bardzo bym tego chciała. Nie ukrywam, że droga jest mi koncepcja tak zwanej „reporterskiej nadwyżki‟, to znaczy, że opowiadając o jakimś „tam i wtedy‟, chcesz jednocześnie, żeby ta historia działała na wyższym poziomie jako rodzaj metafory czy sygnału wyjaśniającego, że jest to bardziej uniwersalny system czy mechanizm. Starałam się pokazać, że to, co stało się w obozach, było możliwe nie dlatego, że działali tam jacyś szatani i aniołowie albo zupełnie nam już niedostępne pokolenia ludzi, których już nie ma i nie będzie, ale dlatego, że zadziałały tam uniwersalne międzyludzkie mechanizmy związane z użytkowaniem ubrania, rzeczy i manipulacji na wizerunku. Bo wszystko, w czym się poruszamy i co mamy, to rekwizyty i kostiumy różnych relacji społecznych, relacji władzy i tożsamości.

Wszystko w czym się poruszamy i co mamy, to rekwizyty i kostiumy różnych relacji społecznych, relacji władzy i tożsamości.

Zależy mi na tym, żeby ludzie przestali traktować modę jako rodzaj błahego naddatku praktyki konsumpcjonistycznej, zarezerwowanej dla niewielkiej grupy ludzi i dostrzegli, że to, w czym się poruszamy, ma zdolność zmieniania rzeczywistości – odkształcania jej, manipulowania nią, z dobrą lub złą wolą – i nie są to abstrakcyjne narzędzia. Być może nie żyjemy teraz w rzeczywistości nazizmu, ale nadal funkcjonujemy w rzeczywistości społecznej, w której ludzi się dzieli i w której robi się to za pomocą tych samych środków, których użyto tam i wtedy, ponieważ człowieka można wykluczyć przez to, jak się go opisze, jak się go ubierze, przypisze do wyglądu określone cechy, ubierze w pewien uniform i wcieli w konkretną rolę. Wszystkie te chwyty, które zadziałały kiedyś, mogą także zadziałać dziś, dlatego celem, jaki sobie postawiłam, było uwrażliwienie wszystkich osób, które przeczytają moją książkę, na to, aby zauważały je w rzeczywistości, retoryce polityków czy języku w przekazie medialnym. I nie dawały się już „pakować w te same buty‟.

Magda Melnyk – publicystka, analityczka i reportażystka. Członkini redakcji LIBERTÉ!. Specjalizuje się w obszarze państw hispanojęzycznych, transformacjach ustrojowych, ruchach społecznych i prawach kobiet. Publikowała m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Plusie Minusie”, „Wysokich Obcasach”, portalach „Polityki” i „Newsweeka”. Autorka książki „Dlaczego Hiszpania trzeszczy” o hiszpańskich nacjonalizmach.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies.