Przewiń do góry
pexels-giovanni-calia-2733337

zdjęcie w tle: Giovanni Calia/Pexels.com

Kurz z brokatem

Szkic o „Wierzyliśmy jak nikt" Rebekki Makkai

Asia Najbor

Gdybym miała określić „Wierzyliśmy jak nikt” jednym słowem, powiedziałabym, że jest to powieść cierpliwa (w sposób, w który bardzo rzadko cierpliwe są powieści w naszym kraju; a przynajmniej takie odnoszę wrażenie). Mogłabym też dodać, że jest wyczerpująca, albo że jest epicka lub nieco staroświecka, ale w przyjemnym znaczeniu tego słowa. Na szczęście, ten tekst nie jest rozprawką, a ja nie muszę szukać nieistniejącego epitetu idealnego; z ulgą oddalę się więc od precyzji własnych przymiotników i skupię na konstrukcji narracji w powieści Makkai, bo to tam zawarte zostało, jak sądzę, serce tej wycyzelowanej, wieloplanowej i rozpiętej w czasie, a przecież całkiem zachowawczo napisanej fabuły. Fabuły dobijającej i lekkiej jednocześnie, totalnej i intymnej, wnikliwej, ale jakby mimochodem – znów wraca do mnie korowód określeń, jakby na przekór czystemu językowi autorki. I trochę nie wiadomo, co z tą jej czystą perfekcją języka zrobić.

„Wierzyliśmy jak nikt” obiecuje epickość już na poziomie samego tytułu: jest tu i Wiara, i nieco zuchwała, wyzywająca skala Ostateczna, ale też swojego rodzaju naiwność. Jak nikt, to znaczy przecież: lepiej, mocniej, głębiej. Ba! My – w przeciwieństwie do Was, sceptycznych milenialsów – W OGÓLE w coś wierzyliśmy. W oryginale tytuł książki brzmi The Great Believers i przywodzi na myśl rozmach wielkich amerykańskich dzieł Dickensa, Fitzgeralda lub Steinbecka, wpisując się – jak pisze na łamach Małego Formatu Teraza Fazanw gatunek generycznej amerykańskiej prozy odpowiadającej na domniemany brak wielkich narracji, której lektura przypomina doświadczenie całonocnego bingowania serialu. Obietnicę epickości składa też objętość: ponad 600 drobno zadrukowanych stron już nieco ciąży na kolanach i wymaga odpowiedniego ułożenia się na sofie (choć wciąż daleko jej do 800-stronicowego „Małego życia” Hanyi Yanagihary, książki skądinąd pokrewnej tematycznie i formalnie). Żeby dolać jeszcze więcej oliwy do ognia literackiego establishmentu, trzecia powieść Makkai znalazła się w finale nagrody Pulitzera i National Book Award, dostając wszędzie onieśmielająco pozytywne komentarze. U nas także zrobiło się o niej głośno: dość powiedzieć, że „Magazyn Książki” ogłosił „Wierzyliśmy jak nikt” najlepszą powieścią 2020 roku (a ja przecież bardzo lubię „Magazyn Książki”). Publikacja ciąży więc przedwcześnie nie tylko od słów, ale też od sław, wywołując w czytelniczce nieposkromione i rosnące wraz z lekturą (och) Wielkie Nadzieje.

wierzylismyjaknikt

Wierzyliśmy jak nikt
Rebecca Makkai
Przekład: Sebastian Musielak
Wydawnictwo Poznańskie 2020
Liczba stron: 624

Kompozycja powieści, choć pozornie bezbrzeżna, pozostaje czytelna: dwa czasy akcji (jednak o długości krótszej niż jedno ludzkie istnienie), dwa miejsca (Chicago lat 80. i Paryż roku 2015) oraz dwójka bohaterów (trzydziestodwuletni Yale, dyrektor do spraw rozwoju w fundacji uniwersyteckiej zarządzającej galerią sztuki współczesnej, oraz pięćdziesięcioletnia, poszukująca zaginionej córki Fiona). Rzecz dzieje się dwutorowo, ale nie jest podzielna przez dwa: tak naprawdę rzeczywistych bohaterów jest tu co najmniej kilkunastu, Chicago reprezentuje dziesiątki innych miast, przerażonych pojawieniem się tajemniczego wirusa ponad 40 lat temu, a czas akcji pozostaje niezmienny, tyle że rozłożono go na części pierwsze. Trochę się to czyta jak mapę, którą można rozwinąć na podłodze, aby móc jednocześnie objąć wzrokiem pewien zakres terenu, oszacować odległości, możliwości szlaków i długość trasy z punktu A do punktu B (nie zdziwiłabym się zresztą, gdyby powieść została napisana właśnie w taki sposób).

Perspektywa lotu ptaka pozwala też na przyłożenie lupy do miejsc zapomnianych oraz tych, które z upływem czasu stały się niewyraźne, na przykład z powodu zbyt nachalnego przykładania paluchów do punktów najchętniej uczęszczanych („Tu jesteś!”) i przez to też nazbyt czułych. A tak jest trochę z tematem AIDS, który doczekał się licznych reprezentacji w (pop)kulturze, od kanonicznej „Choroby jako metafory” Susan Sontag, przez „Anioły w Ameryce”, „Filadelfię” Jonathana Demme’a oraz „Witaj w klubie” Jean-Marca Vallée, aż po najnowszy serial Russella T Daviesa „Bo to grzech” (2020). Ten ostatni podjął próbę wyłamania się z martyrologicznych konwencji związanych z przechodzeniem choroby, skupiając na wątkach nieco wypartych, a może też przez to wstydliwych, pozytywnych, jakby nieprzystających? To, co zostanie zapomniane, to jak wiele frajdy mieliśmy, mówi u schyłku sezonu dwudziestokilkuletni Richie, wspominając z nostalgią lata rozpusty i szczęścia, którymi zachłysnęło się środowisko homoseksualne pod koniec lat 70. „Wierzyliśmy jak nikt” stawia sobie podobne cele, ale je pomnaża.

„Wierzyliśmy jak nikt” obiecuje epickość już na poziomie samego tytułu: jest tu i Wiara, i nieco zuchwała, wyzywająca Skala Ostateczna, ale też swojego rodzaju naiwność. Jak nikt, to znaczy przecież: lepiej niż wszyscy, mocniej, głębiej. Ba! My W OGÓLE w coś wierzyliśmy.

Oczywiście, nadal jest to książka, która mogłaby być opatrzona cytatem: Czytelniku, czytelniczko, wyłącz na moment powiadomienia w telefonie i nad losem zmarłych na AIDS podumaj przez chwilę, ale Makkai jest na to zbyt świadomą pisarką. W ogóle mam wrażenie, że na poziomie językowym celnie wystrzega się metafor, kwiecistych porównań i tych wszystkich środków, o których uczymy się na lekcjach języka polskiego, a które może zbyt często oddalają od rdzenia prozy – a nim jest przecież nie język, a narracja, utrzymująca uwagę czytelniczki i wymagająca stopniowego przesypywania się ziarenek w klepsydrze (na wielu poziomach „Wierzyliśmy jak nikt” jest bowiem czytadłem doskonałym). Makkai – nauczycielka creative writing i dyrektorka artystyczna w szkole pisania StoryStudio Chicago – posługuje się boską perspektywą w bardzo świadomy sposób, z cierpliwością rozpisując kolejne wątki chorób i romansów, splatające się ze sobą w kilku planach czasowych; cytuje rozmowy i kłótnie bohaterów, ich homoerotyczne i matczyne miłości, zawodowe perturbacje i prozaiczne codzienności, których nigdy nie zapomina odpowiednio domknąć, spuentować, wyciągnąć przed nawias. Stawia w centrum procesualność relacji: następstwo i upływ czasu stają się tu mechanizmem napędowym, jednak jest to postępowość o temperamencie leniwej rzeki. A do tej samej rzeki, wiadomo, dwa razy się nie wejdzie; za sprawą prozy można jednak potaplać się trochę w jej zakolu. HIV istnieje, ale przez długi czas jakby w kuluarach pierwszoplanowych historii; jego dobitność uzmysłowi nie turpistyczny opis, a czas i skala opowieści, i konsekwentne pochylanie się nad smutnym końcem kolejnych bohaterów. Prowadzi to wszystko do w zasadzie prostego morału: (niedocenianego) szczęścia z jednoczesności istnienia.

Już pod koniec powieści jeden z bohaterów, Julian, opowiada Fionie o scenie z „Hamleta”, w którym nieraz występował jako młody aktor. Cała sztuka jest o tym, że Hamlet próbuje pomścić ojca — mówi. A potem, kiedy umiera, przekazuje to wszystko Horacemu „I ponieś trudy oddychania dłużej w zepsutej atmosferze tego świata dla objaśnienia moich dziejów”. Byłbym wielkim Hamletem! Ale co to za krzyż. Być Horacym. Być tym, który musi dźwigać całą pamięć. I co ten Horacy ma z tą pamięcią zrobić? Trudno oprzeć się wrażeniu, że książka Makkai to taki hołd dla wszystkich, współczesnych-i-nie Horacych, którzy niosą w sobie przeszłe „trudy oddychania”. Tutaj rolę takiego transferu pełni Fiona, łącząca oba plany czasowe, a która po śmierci brata Nika oddaje się opiece nad zaprzyjaźnionymi, chorymi na AIDS homoseksualistami, poświęcając im życie. Lecz czy to ona faktycznie zmiecie z ich historii kurz, zamieniając je w brokat (posługując się ładną metaforą, pojawiającą się na ostatnich stronach powieści)? No nie do końca – w ostatecznym rozrachunku przetrwa tu nie człowiek, a świadectwo (och) artysty.

Autorka skupia się więc na procesualności relacji: następstwo i upływ czasu stają się tu mechanizmem napędowym, jednak jest to postępowość o temperamencie leniwej rzeki.

Jeszcze jedna sprawa, dotycząca już samej recepcji książki. Choć granica między solidarnością a zawłaszczeniem historii, której przekroczenia tak obawia się autorka w posłowiu, jest tu faktycznie bardzo cienka, to owa ostrożność pomaga jej chyba w zakamuflowaniu swojej uprzywilejowanej pozycji; piszę „chyba”, bo pomimo niezwykle uczciwego i zapewne czasochłonnego researchu, którego możliwość wzbudza u niektórych pisarską zazdrość, trudno pozbyć się wrażenia, że sam sposób zaprezentowania tematu trąci jednak emocjonalną manipulacją. We wspomnianej tu już – i moim zdaniem najciekawszej – polskiej recenzji powieści, Terasa Fazan krytykuje ową wyuczoną, obliczoną na literacki sukces strategię pisania Makkai, najprawdopodobniej wpisującą się w niemieckie i amerykańskie modele pojmowania literatury. Choć w słowach Fazan jest sporo racji, to ja nie byłabym aż tak kategoryczna w stawianych tezach; być może z prostego powodu, iż na co dzień bliższa jest mi krytyka filmowa niż literacka, a powieść bywa dla mnie tym, czym dla innych jest częściej serial (czyli: hedonistyczną odskocznią, przyjmowaną z całą świadomością potencjalnych braków). Bo czy to źle, gdy literatura wypełnia z nawiązką funkcje, na które została obliczona? Wykonuje 200% planu? Jest dobra z premedytacją? Rozum mówi, że to faktycznie nie najlepiej, ale serce się buntuje: przecież to była taka przyjemna, wartościowa, pouczająca lektura! No i przecież lubimy filmy, zrobione w ten sposób. Dlaczego by więc nie cenić literatury? Patrząc z tej perspektywy, krytycznej postawie może, a nawet powinno zostać poddane owo nieintencjonalne „podobanie się” tekstu, oraz elementy, które się na to podobanie składają – i zapewne byłoby najlepiej, gdyby to świadome spojrzenie aktualizowało się za każdym razem, gdy sięgamy po jakiekolwiek dzieło kultury. Ale to się, oczywiście, nigdy nie wydarzy. W tym oszustwie widzę triumf sztuki.

Asia Najbor – Doktorantka w Szkole Doktorskiej Nauk Społecznych UJ. Absolwentka romanistyki, dziennikarstwa i filmoznawstwa UJ. Nagradzana w konkursach krytycznofilmowych i eseistycznych, m.in. w Konkursie o Nagrodę im. Krzysztofa Mętraka (2019 i 2020), konkursie krytycznofilmowym „Powiększenie” (2018), Ogólnopolskim Konkursie na Esej (2018). Grywa na wiolonczeli. Pochodzi z Zakopanego.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies.