Przewiń do góry
Recenzja "Wyspy diabła"

Islandzcy patostreamerzy w Ameryce

Recenzja trylogii „Wyspa diabła" Einara Kárasona

Damian „Słoń" Wesołek

Islandia ma dobrą prasę. Potomkowie dzielnych wikingów osiągnęli dobrobyt na niegościnnej, choć zachwycająco pięknej wyspie na północnym Atlantyku. Zdjęcia gejzerów i tłumy zadowolonych turystów powracających do Polski, moda na Björk i spółkę oraz porady Okuniewskiej, reportaże o przylodowcowej egzotyce – wszystko to nas zachwyca. Czasem dodaje się: „połączenie skandynawskiej równości społecznej i amerykańskiej przedsiębiorczości”. Marka potrafiąca sprzedać i „tradycyjną” lopopeysę (sweter z owczej wełny), i obietnicę hike’ów (słowo z obcego języka) pośród falujących pól łubinu. Wzór marketingu narodowego. Pop-Islandia to doskonały wabik zarzucony w konsumenckim stawie.

Trzeba trochę poskrobać po powierzchni, żeby dojrzeć bardziej skomplikowany obraz wyspy. Lopopeysur to dwudziestowieczny produkt, który zainspirowany został popytem importowym. Łubin sprowadzono po wojnie i trzeba mieć trochę szczęścia – na północnym Atlantyku okres kwitnienia jest krótki, króciutki. Równość społeczna okazała się być w XX wieku raczej fantazmatem własnym Islandczyków – a dobre statystyki równości dochodów były w dużej mierze pokłosiem zapaści finansowej z 2008 r. Przed wspomnianą kreppą na Islandii panował nie „protestancki etos pracy”, lecz amerykańska rozbuchana chciwość i finansowe yolo. A powojenny sukces kraju to przede wszystkim pokłosie amerykańskiej okupacji i towarzyszące jej inwestycje, dostatek śledzia i wewnętrzny konsumpcjonizm ponad miarę.

Wyspa diabła

Trylogia:Wyspa diabła, Złota wyspa, Ziemia przyobiecana
Einar Kárason
Wydawnictwo Marpress
Liczba stron: 244

Pewne wyobrażenie o wyspie budowała jej literatura. Poprzednie pokolenia poznawały Islandię dzięki średniowiecznym sagom oraz powieściom Gunnara Gunnarssona i Halldóra Kiljana Laxnessa. Obaj pisarze przedstawiali tradycyjne życie Islandczyków, chłopskie dni na granicy głodu i pracy, dawny ethos wyspiarzy (choć Noblista Laxness komplikował ten wizerunek na wiele różnych sposobów). Dziś o kraju, w którym notuje się dwa morderstwa rocznie, czytamy w potopie skandynawskich „kryminałów znad fiordu” (tylko dwa morderstwa, ale aż 15 islandzkich autorów nominowano w 2019 r. do nagrody za najlepszy rodzimy kryminał!). Na szczęście mamy wobec tych pop-kulturowych obrazków alternatywę: pato-kulturową Islandię prezentowaną przez Einara Kárasona w trylogii „Wyspa diabła”.

Einar dobiera się do wszystkich „świętości”. Już na samym początku otrzymujemy mocno powykręcane drzewo genealogiczne bohaterów, gdzie liczba dzieci nieślubnych przewyższa te „zalegalizwoane”, a pod zaledwie kilku stronach możemy być pewni, że czeka nas jazda bez trzymanki. Świetny, żywy język (rewelacyjnie przetłumaczony przez Jacka Godka, który nie bał się szukać właściwych zniekształceń językowych charakterystycznych dla bohaterów, którzy nie kończyli nawet podstawówki), wartka akcja, niezrozumiałe czasem motywy postępowania, mętlik imion i relacji rodzinnych – oto islandzka saga à rebours. Nie ma tu miejsca na prawych i poczciwych przedstawicieli islandzkiego etosu – to obraz zdeprawowanych nizin społecznych, zamieszkujących dzielnicę biedy, czyli baraki pozostawione po wojnie przez amerykańskich żołnierzy, czasami tylko romantyzowane w stylu Hrabala, częściej jednak pokazywane w pełnym, zadymionym świetle alkoholizmu, agresji i niezdrowych relacji rodzinnych. Einar opowiada jakby mimochodem o gwałtownym rozwoju islandzkiego społeczeństwa po II wojnie światowej, rozbudowie Reykjaviku i pojawiającym się dobrobycie – ale opowiada o tym wszystkim z perspektywy ludzi wykluczonych z tego dobrobytu. Największym dla mnie zwycięstwem autora jest sposób, w jaki o tym wszystkim opowiada – wciągająca narracja i humor pozwalają spojrzeć na wybryki półświatka bez oceniania. Ani nie odwracamy wzroku, ani nie kibicujemy. Jest jak jest. Żadnego marketingu i pudrowania noska.

Świetny, żywy język, wartka akcja, niezrozumiałe czasem motywy postępowania, mętlik imion i relacji rodzinnych – oto islandzka saga à rebours.

Struktura trzeciej części trylogii jest jednocześnie najbardziej skomplikowana i najbardziej przejrzysta. Więcej jest tu również gier i zabaw z czytelnikiem, a ironista Kárason szydzi pośrednio nawet z własnej twórczości. Czyta się to świetnie – akcja jest wartka, nie gubimy się (jak to miało czasem miejsce w poprzednich częściach) w natłoku rodzinnych relacji, a gatunek „powieści drogi” przyjmuje doskonale islandzkie dygresje. Tym razem odnajdujemy bohaterów w Ameryce, do której Islandczycy emigrowali chętnie już w drugiej połowie XIX wieku. Ameryce, która dla rodziny i dla reykjawickich nizin społecznych była ziemią obiecaną, krainą bogactwa, rock’n’rolla i łatwego życia. I ucieczki przed samym sobą. 

Opowieść z tego tomu podkreśla też przekonanie autora, że Islandia nie jest europejska – ani pod względem kulturowym, ani geograficznym. Wyspa nie jest rubieżą europejskiego świata, ale zajmuje miejsce centralne pomiędzy kontynentami. I to za Ameryką, tą dwudziestowieczną pop-kulturową potęgą, tęskni i to na niej się wzoruje. Czasem myślę o USA jako o „najbogatszym kraju trzeciego świata”, a Einar to potwierdza – i to właśnie na takich Stanach wzorują się bohaterowie „Ziemi przyobiecanej”. Daleko tu od „amerykańskiego marzenia”, tak samo jak daleko jest Islandii Kárasona do medialnych obrazków z pop-Islandii.

Mam głęboko nadzieję, że wszystkie trzy części diabelskiej trylogii znajdą w Polsce wielu czytelników i stanie się ona „niespodziewaną perełką” i „islandzkim cackiem”. Oraz, że jej sukces otworzy drogę do tłumaczeń z ważnego, pełnego nowoczesnej ironii nurtu doskonałej islandzkiej prozy, dotąd w Polsce nieznanej – dla dzieł Thórbergura Thórdarsona i Gudbergura Bergssona. Naprawdę jest jeszcze co z islandzkiego tłumaczyć!

Dodaj Recenzję „Wyspy Diabła” Kárasona w aplikacji Bookme

Damian „Słoń” Wesołek– pisarz, kopista, tłumacz. Melancholik, filolog, włóczykij. Na czterdzieste urodziny planuje wydać własnym sumptem Opera omnia. Recenzowanie książek go nudzi, ale docenia kreatywny potencjał nudy. Lubi krótkie powieści.

Recenzja „Tality” Pawła Huellego

Recenzja O czasie i wodzie Andri Snaer Magnasona

Recenzja Czułego narratora Olgi Tokarczuk

Recenzja „Dosłownie” Janusza Górskiego

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies.