Przewiń do góry

Susan Sontag, źródło: medium.com

Po prostu Susan?

Recenzja „Sempre Susan”
Sigrid Nunez

Damian „Słoń” Wesołek

Próba napisania książki o innym autorze wymaga od pisarza tupetu, koleżeńskiej sympatii, oraz być może domieszki narcystycznych projekcji. Tak zaczyna „Notes on Sontag” Phillip Lopate, by po chwili przywołać przypadek Bunina, który wzbraniał się z napisaniem eseju o Czechowie niemal 50 lat, a owocem jego namysłu okazała się książka zaprzeczająca możliwości pełnego poznania drugiego człowieka. Mimo podobnych wymagań o Susan Sontag, amerykańskiej eseistce i pisarce, od czasu jej śmierci w 2004 roku, pisać chce wielu. W ciągu pierwszej dekady od jej śmierci, nie licząc wydanych dzienników oraz wywiadu dla magazynu „The Rolling Stone”, ukazało się co najmniej 7 książek wspomnieniowych, wylicza w kolejnej z nich, ósmej już, Carl Rollyson („Understanding Susan Sontag”). W 2019 roku wyszła zaś obszerna biografia Benjamina Mosera „Sontag: Her Life and Work”, na której zapowiedziane polskie tłumaczenie niektórzy już czekają.

Po polsku mamy za to wydaną przez Czarne wspomnieniową książkę autorstwa syna Susan, Davida Rieffa („W morzu śmierci. Wspomnienia syna”) — lektura niełatwą, bo traktującą o chorobie matki oraz o ich niezdrowej relacji rodzinnej. Teraz nakładem wydawnictwa Pauza otrzymujemy tłumaczenie „Sempre Susan” Sigrid Nunez, byłej partnerki Davida. Książkę, która wbrew podtytułowi, stanowi raczej rozliczenie z byłą nauczycielką i przyjaciółką, niż zwykłe wspomnienie. Nie będzie tu miejsca na hagiografię – fani Sontag skonfrontowani zostaną z wyczerpującą psychopatologią pisarki. Dobrze, jeśli jednak do niej zajrzą, ponieważ jest to cenna opowieść o rozczarowaniu swoim idolem lub mentorką. Oraz o pozytywnym wpływie takiego rozczarowania na własny rozwój twórczy i osobisty.

sempre susan

Sempre Susan. Wspomnienie o Susan Sontag
Sigrid Nunez
Tłumaczenie: Dobromiła Jankowska
Wydawnictwo Pauza
Liczba stron: 144
Data wydania: 14 kwietnia 2021

Książka to zbiór notatek pogrupowanych według dwóch porządków. Po pierwsze, według charakteru ocen — zaczynając od tych najbardziej dla Sontag przychylnych, aż po najbardziej surowe. Po drugie, według charakteru relacji — notatki koleżeńskie z czasem ustępują miejsca tym opowiadającym o tarciach na linii uczeń-mistrz. „Sempre…” jest właśnie takim dwojakim rozliczeniem, a od samego obrazu mentorki ważniejszym staje się rozwój Nunez jako pisarki i osoby, pod okiem i wbrew samej Susan.

Pod koniec lat osiemdziesiątych Sontag opublikowała opowiadanie „Pilgrimage”, w którym powróciła do wydarzenia sprzed 40 lat – rozczarowującego dla niej, wówczas studentki college’u, spotkania z literackim bożyszczem, Thomasem Mannem, wtedy jeszcze mieszkającym w Kalifornii. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby mówił jak książka. Chciałam, by mówił w ten sposób. To, co zaczęłam po cichu zauważać, to to, że (…) mówił jak recenzja literacka. (Rozczarowanie, które sam podzielam za każdym razem, gdy czytam… recenzję literacką). Musisz być na to gotowa, radziła potem młodszej koleżance. Zawsze, opowiada Nunez, gdy spotykała pisarzy i artystów, idoli, bohaterów, czuła się zawiedziona albo nawet zdradzona. I tak rozczarowana, że ostatecznie żałowała, że ich poznała, ponieważ nie mogła już ich tak wielbić. Susan była zakładnikiem snobistycznego uwielbienia dla twórców, autobiograficznego złudzenia jedności dzieła i życia (dziwnym trafem wybaczamy tylko pisarzom-alkoholikom i samobójcom, ale to temat na inną poważne studium psychopatologiczne czytelników), czy po prostu braku dystansu.

Nunez bywała rozczarowana Sontag, lecz dzięki temu stała się bardziej wobec niej krytyczna. Dostrzegała braki w warsztacie literackim mentorki (Choć podziwiała prozę Nabokova, Susan nie przestrzegała jego słynnej zasady: nie dbała o boskie szczegóły), jej niezdrowo maksymalistyczne podejście do życia (Jedna książka dziennie to wcale nie za wysokie wymagania (…). Z jej powodu zaczęłam czytać zbyt szybko), snobizm ocierający się o dogmatyzm, staroświeckie podejście do twórczości literackiej (dla mnie wspaniałe! Ale nie dla każdego nowoczesnego pisarza do zaakceptowania…), chorobliwą potrzebę powagi (Javier Marías twierdzi, że najgorsze, co może zrobić pisarz, to zbyt poważnie traktować siebie lub swoją twórczość. (…) gdybym myślała w ten sposób, gdy byłam młoda, moje życie mogłoby być szczęśliwsze). Ciążyła ekspansywność Susan jako nauczycielki, która chciała poprawiać charakter i osobowość (ekstrawertyczka bez śladu zrozumienia dla introwertyków), i która silnie wpłynęła na młodą osobę biorącą takie uwagi zbyt głęboko do serca. Sigrid musiała więc zrozumieć, że jej mentorka była ograniczona w swym dogmatyzmie i tylko poprzez przepracowanie albo odrzucenie jej rad (oraz jej osoby) stanie się pisarką o słyszalnym, własnym głosie.

Sigrid Nunez napisała książkę o swojej poprzedniczce, spełniając warunki postawione przez Lopate (tupet, sympatia, narcystyczna projekcja), nie potrafiąc jednak w pełni uwolnić się od Susan.

W dyskursie krytycznoliterackim w Stanach wyraźne wybrzmiał lata temu głos Harolda Blooma, który w książce „Lęk przed wpływem” przekonywał, że pisarz, aby stać się wielki lub chociażby oryginalny, musi zacząć pisać wbrew i pomimo swoich wielkich poprzedników, a literatura to pole starcia kanonu z tym, co nowe. Jednego, czego przychodzący autorzy nie są w stanie się pozbyć, to stale obecnego w nich „lęku przed wpływem”. Sigrid Nunez napisała książkę o swojej poprzedniczce, spełniając warunki postawione przez Lopate (tupet, sympatia, narcystyczna projekcja), nie potrafiąc jednak w pełni uwolnić się od Susan.

Sempre z tytułu można tłumaczyć jako „zawsze”, chociaż do kontekstu, w którym pada to wyrażenie bardziej pasowałoby „po prostu”. Po przeczytaniu całości interpretacja tytułu staje się bardziej kłopotliwa. Nunez chciałaby pewnie móc napisać „mai Susan”, „nigdy Susan”, odrzucając to, co było negatywne w obcowaniu z eseistką, pisze jednak sempre Susan, „wiecznie (ta) Susan”. Nawet po śmierci, ciągle obecna, wiecznie wymagająca.

Moje mieszane uczucia wobec Sontag utrzymują mnie w niekończącym się zaangażowaniu, stwierdza wspomniany już Lopate. Te zdanie równie dobrze napisać mogłaby Sigrid Nunez.

Damian „Słoń” Wesołek – pisarz, kopista, tłumacz. Melancholik, filolog, włóczykij. Na czterdzieste urodziny planuje wydać własnym sumptem Opera omnia. Recenzowanie książek go nudzi, ale docenia kreatywny potencjał nudy. Lubi krótkie powieści.

Recenzja „Tality” Pawła Huellego

Recenzja O czasie i wodzie Andri Snaer Magnasona

Recenzja Czułego narratora Olgi Tokarczuk

Recenzja „Dosłownie” Janusza Górskiego

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies.