Przewiń do góry
ffdsafdsfadf

Flowerpiece z from the National Gallery of Victoria, źródło: NGV

Niematki, niecórki, nierelacje

Szkic o „Gorzko, gorzko"
Joanny Bator

Marzena Pitek

Kobiecość jest problematyczna. Jakoś tak uparcie nie chce się, mimo kolejnych zuchwałych prób, wcisnąć w ramy czyjegoś postrzegania. Nie do końca wiadomo, co z nią zrobić. Jak okrzesać, uciszyć, poskromić, tak, aby można ją było niczym ciasto wygodnie przelać do formy, która już sobie przecież jakoś z całą resztą poradzi; uformuje, wymodeluje, ba! Nawet przyozdobi. W tej właśnie, równie krnąbrnej, co nieodgadnionej, kobiecej naturze Bator upatrzyła sobie leitmotiv swojej twórczości. I choć wydaje się, że w ostatnich latach nadszarpnęła nieco zaufanie czytelników, za sprawą najnowszej powieści znowu chce się wierzyć, że jej nazwisko reprezentuje jeden z istotniejszych głosów współczesnej literatury. Głos „Gorzko, gorzko” jest wyraźny na tyle, by dosłyszeć w nim echa rodzimych wydarzeń, i wystarczająco przenikliwy, aby nie dać się puścić mimo uszu.

Trudno mówić o kobietach bez ujęcia ich własnego punktu widzenia, co doskonale rozumie autorka, przybliżając losy jednej rodziny (lub może raczej nierodziny) z perspektywy jej przedstawicielek. Są nimi kolejno: Berta, Barbara, Violetta oraz Kalina. Historię rodu poznajemy dzięki tej ostatniej, bowiem narratorka Kalina, obrawszy sobie za cel pokoleniową podróż śladami swoich przodków, dzieli się z nami zdobytą w wyniku tych działań wiedzą. Kalinie pomaga to nie tyle zaspokoić ciekawość, co podjąć próbę zdefiniowania własnej tożsamości, która z całą pewnością nie była oczywista ani jej matce, ani babce i prababce. One – choć bardzo tego potrzebowały – nie miały szansy się nad nią pochylić, zresztą najczęściej ktoś już wcześniej o to zadbał. Wyboiste ścieżki przeszłości stają się tu dobrym pretekstem do przejścia ze skali mikro, 
a więc analizy emocji i poczynań bohaterek, do skali makro – przyjrzenia się wieloletniemu 
i mozolnemu procesowi zmian kulturowo-obyczajowych w kraju nad Wisłą.

gorzko

Gorzko, gorzko
Joanna Bator
Wydawnictwo Znak
Liczba stron: 656

Wyboiste ścieżki przeszłości stają się tu dobrym pretekstem do przejścia ze skali mikro, 
a więc analizy emocji i poczynań bohaterek, do skali makro – przyjrzenia się wieloletniemu 
i mozolnemu procesowi zmian kulturowo-obyczajowych w kraju nad Wisłą.

Laureatka Nike jako miejsce akcji snutych przez siebie opowieści wybiera często Śląsk, a ściślej Wałbrzych i jego okolice. Nie inaczej jest tym razem. Piękna Berta Koch, córka Hansa, niekwestionowana mistrzyni obróbki mięsa, dorasta wszak w Görbersdorfie, czyli dzisiejszym Sokołowsku, gdzie po latach, w kupionym przez siebie domu Kochów, osiedla się jej prawnuczka. Berta ma fach w ręku, a obrotny ojciec rozprowadza gdzie się da jej wyroby, zaspokajające kulinarne wymogi nawet tych najbardziej wymagających. Zarządzanie ich małym, masarskim biznesem to nie jedyne kwestia, nad którą zafascynowany Hitlerem mężczyzna sprawuje całkowitą władzę. Uzurpuje sobie on prawo do podejmowania wszelkich decyzji w domu. Na nic zdają się komunikaty nauczycielki Berty, że to bystra dziewczyna, że sama do sechsundvierzig doliczyć potrafi, że uczyć by się mogła. Tego typu uwagi wywoływały u chowającego córkę ciężką ręką, nie tylko w przenośni, salwy śmiechu. No bo jakże to tak. Kiszę robić potrafi? Ano potrafi. Posiłek ugotuje i izby wysprząta? Ano wysprząta. Egzamin budyniowy, jak wówczas nazywano maturę, to strata czasu. Zupełnie nie mieściło się Hansowi 
w głowie, że Berta może mieć nieco inne pragnienia, jeżeli w ogóle śmie jakieś mieć. Nieszczególnie zatem dziwi, że jedynym miejscem dającym poczucie bezpieczeństwa będzie dla niej, a później także i dla kolejnych bohaterek, sfera nienamacalna, dostępna tylko im – sfera własnych marzeń. To tam ulokowane zostanie przekonanie-otucha, że wyjście z impasu nadejdzie wraz z miłością. Tu ważna adnotacja, wszak cokolwiek by o Hansie nie powiedzieć, oddać mu należy, że na tym polu się z córką zgadzał. Wprawdzie samodzielnie zięcia wybierze, ale ewentualnej miłości doń nie zabrania. W tym czarno-białym świecie nie ma innego scenariusza happy endu niż wyzwolenie spersonifikowane jako mężczyzna; to on odwróci zły los, to przy jego boku będzie kobiecie lepiej. W jego rękach jest wszystko (bo przecież nie w tych kobiecych). To on, jak w tytule eseju Solnit, objaśni świat.

Zaskoczeń nie będzie – kolejne bohaterki podzielą ponury los Berty, wszak to, że na błędach da się uczyć, ale najskuteczniej się takowe powiela, szczególnie jeśli zostały popełnione przez rodziców, wie każdy, kto uważał na tej lekcji polskiego, kiedy omawia się „Granicę” Nałkowskiej. U Bator perypetie kobiet rodu Serce – przewrotność tego nazwiska to żart nader okrutny, acz tragikomizm towarzyszyć kobietom będzie niemalże na każdym kroku – to potłuczone, ale wciąż jeszcze spełniające swoją funkcję lustro, w którym każda bohaterka mogłaby się przejrzeć. Ale zechce tylko Kalina.
 Barbarę, dziecko, którego nie przyjdzie Bercie poznać, wychowa sierociniec (w którym brakowało wszystkiego oprócz dzieci); dziewczynka opuści jego bramy, wynosząc rzeczy dwie: absolutny brak pewności siebie idący w parze ze sprecyzowaną, nie przez siebie oczywiście, ale przez siostry zakonne, wizją świata. Basia, Basiulek, Bunia, w zależności kto się doń zwraca; małomówny, wątłej postury odludek nie da się poznać nikomu, będzie bowiem enigmą nawet dla późniejszych jej rodziców adopcyjnych, Marii i Jakuba. Dla niej samej chyba także. Do cna przepełnione lękiem dziecko, przekonane, że za wszystko trzeba Bogu dziękować, rezygnuje z najmniejszych możliwych przyjemności, aby coś mu w zadośćuczynieniu ofiarować. A to więc się Bogu kawałek chleba dostanie, a to — prawdziwy rarytas — pączek z lukrem. Wszystko układane w równiutkim rządku, smaczne i świeże, czerstwieje z czasem, przybierając mało atrakcyjne kolory. Bo, nie wiedzieć czemu, Bóg Basi darów nie chce. Skoro sam Bóg ją odrzuca, to któż inny mógłby nie?

Violka ze swoją dynamicznością, chaotycznością 
i biegiem nieważne dokąd, byleby przed siebie, wyśmienicie wpisuje się w atmosferę modyfikacji potransformacyjnych.

Dziwactwa Barbary rozczulają do czasu, aż nie przeobrażą się w patologiczne zbieractwo 
i znoszenie do maleńkich czterech ścian wszystkiego, co tylko zdołają unieść jej dłonie. Mogłaby pewno zbić piątkę z Haliną, bohaterką „Między nami dobrze jest” Masłowskiej, której z każdej szafki wypadają kubeczki po jogurtach i inne tego rodzaju, mniejsze lub większe, przydaśki. W Barbarze łatwo dojrzeć rys pokolenia powojennego. Wyrzucić coś? To grzech! Wszystko może się przydać, tylko jeszcze nie do końca wiadomo, kiedy i w jakim celu. Jeśli jednak wyrzucimy, to zapewne się dowiemy, a gdy się dowiemy, to pożałujemy.

postrzyzyny

Postrzyżyny Agata Kus
źródło: strona artystki

Zachowania matki to dla Violetty (koniecznie przez „V” i dwa „t”) istne kuriozum. Violetta to imienniczka TEJ Violetty, której niezwykły głos oczarował Barbarę, a sama postać blondwłosej diwy niosła nadzieję na życie dużo ciekawsze niż to zwyczajnie toczące się przy Placu Górnika 
w Wałbrzychu. No cóż, nie wyszło. Jedynym wspólnym mianownikiem obu pań jest skłonność do barokowego przepychu w kreowaniu wizerunku. Dodać trzeba jednak, że śpiewając zalotnie „Dla ciebie miły” kierowała się własnym poczuciem estetyki, podczas gdy Violetta usilnie próbowała sprostać czyjemuś, najczęściej męskiemu (stereotypowemu, nie inaczej) rozumieniu tejże.
Violetta Serce serca nie okazuje ani matce, ani córce, ale czytelnikowi z powodzeniem je skrada. Nieusatysfakcjonowana, zakotwiczona we własnych wyobrażeniach, ciągle głodna (także dosłownie, choć od wiecznie nie nadchodzącego jutra planuje dietę), bo to, co ma, to dla niej śmiesznie mało. Bardzo chciałaby, aby ludzie widzieli w niej erudytkę, ale takiego miana nie zyskuje się, czytając jej ukochane „Skandale”, czy  –– powołując się na przywoływany w przypadkowych momentach –– górnolotny wers ze Stachury – jedną z nielicznych pamiątek po rzuconej polonistyce. Ta Violetty powierzchowność i pozerstwo, grubą krechą odgradzające się od syfu, jakim to epitetem sama określa swoje życie, niechlubnie przypomina coś jakby znajomego. Bo gdyby dopatrywać się metatekstualnych zwierciadeł w bohaterkach, to Violka ze swoją dynamicznością, chaotycznością 
i biegiem nieważne dokąd, byleby przed siebie, wyśmienicie wpisuje się w atmosferę modyfikacji potransformacyjnych. Charakter lat 90. to jej charakter, a wers w latach dziewięćdziesiątych nie miałaś tożsamości, rozpoczynający „Polskie Tango” Taco Hemingwaya, to nieświadoma dedykacja do Violetty-kokietki, Violetty-intelektualistki, Violetcie-rebeliantki. Bator ze swoją kobiecą paralelą Doktora Jackie 
i Pana Hyde znakomicie uchwytuje galopujący kapitalizm, z którego prądem albo się płynie, albo któremu, jak Violetta, można dać się ponieść. Oby autorka dotrzymała słowa danego w wywiadach i wróciła jeszcze do tej śmieszno-strasznej dekady, w której – jaka sama przyznaje – odkryła niechcąco fascynujący obszar literackiej eksploatacji.

Co szczególnie ważne, „Gorzko…” nie sili się na bycie feministyczną powieścią w duchu girl power. Owszem, siła kobiet daje o sobie znać, ale najczęściej gdy jest już za późno, bardziej sprowadzając na manowce, aniżeli dając upust własnej kontestacji.

Przebojowa, acz nieszczęśliwa Violetta to postać wdzięczna interpretacyjnie. Gdyby pokusić się o dopasowanie bohaterów literackich do haseł współczesnego języka potocznego, Violkę można by znaleźć pod hasłem cringe, który często odczuwamy, zarówno śledząc jej poczynania, jak mijając przeterminowane szyldy, krzyczące nadszarpniętymi już zębem czasu fioletami czy żółciami. Encyklopedia niegdyś stanowiących o drygu do przedsiębiorczości miejsc to CV Violetty Serce – na czele z biurem podróży „Alladyn”, solarium „Acapulco” i wypożyczalnią kaset VHS „Miraż”. 
W przerwach między kolejnymi zajęciami a wikłaniem się w przygodne, zazwyczaj nieudane (naturalnie, w mniemaniu Violi zawsze z winy płci przeciwnej) związki, nie było czasu na zbędne balasty, nawet jeśli jednym z nich miałoby być własne dziecko.
Puzzle układane przez Kalinę składają się na bolesny obraz dziedziczenia nieprzepracowanych traum, silnie trzymających bohaterki w swoich sidłach i odciskających swoje piętno na ich stosunkach. Choć pokrzepiająca jest bliskość Kaliny z babcią, pieszczotliwe zwaną przezeń Bunią, to termin nie-miejsc, ukuty przez Marca Augé, można by z powodzeniem sparafrazować w odniesieniu do więzi w „Gorzko…”. Wydają się być one wyblakłe, puste, pozbawione właściwego emocjonalnego ładunku, tworząc niejako analogię do przestrzeni przywołanych przez francuskiego antropologa, stale w naszej codzienności obecnych, ale niemal wyłącznie z konieczności. Matki zatem to niematki, córki zaś to niecórki, a ojcowie, wiecznie nieobecni, choć nie zawsze z wyboru, to nieojcowie; ludzie-figury, wrzuceni w wir zdarzeń niezależnie od swojego widzimisię. I jeżeli jakaś zewnętrzna siła sprawcza nie zdecyduje inaczej, będą pionkami na czyjejś planszy, realizując role narzucone im uprzednio. Nie nazywają swoich uczuć i nie pytają o nie innych. Ironią jest, że jedyny podjęty przezeń dialog będzie miał charakter metaforyczny, ukryty w zabiegu kompozycyjnym nielinearnej, przeplatającej wątki 
i postacie, kompozycji.

Otępiali, pogrążeni w apatii bohaterowie, niezdolni do walki o samych siebie, bo we własnej opinii takowej niewarci, dają o sobie znać także poza głównym planem. Bator konstruuje bowiem 
z wręcz niezwykłą lekkością narrację, której ton nadaje, wspominana niby mimochodem, galeria najrozmaitszych osobowości, a wśród niej rodziny Pociechów czy Papugów. Niech symbolem tej palety indywidualności będzie nieodżałowany Zbyszek Papuga, zaczepnie sugerujący każdemu napotkanemu wspólne wyjście na Kilimandżaro dwudziestotrzyletek. Dziś zapewne zdiagnozowano by u niego poważne problemy psychiczne, ale wówczas mógł być najwyżej dziwadłem, któremu przemądrzali psycholodzy wmówili chorobę, który, targnąwszy się na własne życie, nie dość, że wody sporo zużył, to jeszcze garnitur pobrudził, a tego – w przeciwieństwie do życia chłopaka – nie udało się już uratować.

Bator konstruuje z wręcz niezwykłą lekkością narrację, której ton nadaje, wspominana niby mimochodem, galeria najrozmaitszych osobowości.

Chociaż pokoleniowa wiwisekcja polskich metamorfoz, z naciskiem na powolny 
i niełatwy proces emancypacyjny, brzmi nieco karkołomnie, autorka mocno trzyma ją w ryzach, stroniąc od wyrokowania na temat swoich bohaterów. Próżno szukać tu osądów i protekcjonalnego podejścia, dominującego w opowiadaniu o polskiej prowincji, co świetnie punktuje Asia Najbor w swoim tekście. U Bator zamiast krytyki pojawia się empatia. Nawet jeśli działania postaci budzą złość, bo budzą nieraz, pisarce daleko jest od ich oceny, jakby na przekór im samym.
Co szczególnie ważne, „Gorzko…” nie sili się na bycie feministyczną powieścią w duchu girl power. Owszem, siła kobiet daje o sobie znać, ale najczęściej gdy jest już za późno, bardziej sprowadzając na manowce, aniżeli dając upust własnej kontestacji. Niemniej wizytówką takowej, w końcu wyemancypowanej siły, jest sama Kalina, jako pierwsza mierząca się z zawartością rodzinnej puszki Pandory. Nie sposób jednak nie dostrzec w niej pewnej bezcelowości, jaką dostaje się w pakiecie bycia milenialsem. Urodzona w dekadzie pokolenia Y nie potrafi sprecyzować swoich motywacji, mimo posiadania odpowiednich ku temu narzędzi. Na poziomie językowym, tak skrzętnie tu przemyślanym, postać Kaliny, prowadzącej familijne śledztwo i przybliżającej jego etapy czytelnikowi, to dosłowne odejście od figury skostniałego już nieco narratora wszechwiedzącego, bowiem poszerza ona swój własny horyzont poinformowania proporcjonalnie do odbiorczego. Ten niestandardowy zabieg to jeden z kilku innych zgrabnie przemycanych flirtów ze stereotypizacją. Niech nie zwiedzie – choć piękna, to będąca bodaj najbanalniejszym kobiecym emblematem – okładka. Obnażanie klisz dzieje się tu zupełnie niepozornie, tak jak na obrazach Agaty Kus, a zwłaszcza jej „Postrzyżynach”, którymi inspirowała się Bator. Obie autorki w sposób podobnie wymowny posłużyły się dwoma znamiennymi motywami – relacji i noża. U Kus sedno tego osobliwego zestawienia pozostaje intuicyjne, podczas gdy u Bator nie chowa się w domysłach, wybrzmiewając krzykiem, niosącym historię rodu Serce nawet za ocean.

W brzydkim świecie brzydkich ludzi nikt nie przyjdzie, aby zbawić od złego. Cierpienie jest obligatoryjne i nie uszlachetnia. Dopóki się mu nie stawi czoła, nie zadzieje się żadna magia, nie wliczając tej stylistyczno-estetycznej, bliskiej autorce. Najpewniej bez niej finał powieści byłby niedorzeczny, a przecież łatwo go akceptujemy. Znacznie trudniej przychodzi nam pogodzić się 
jednak z wyłaniającą się z sagi ponurą diagnozą. Dostrzegamy w niej wiele więcej niż truizm, wedle którego z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Cóż, Berta, Barbara, Violetta i Kalina żadnego wspólnego nie miały.

Marzena Pitek (ur. 1993) – absolwentka filmoznawstwa i wiedzy o nowych mediach Uniwersytetu Jagiellońskiego. Bliżej jej do krytyki filmowej, aniżeli literackiej, ale wyjątki potwierdzają regułę. Wydaje jej się, że jest dobra w rośliny, choć może ma rację i jej się tylko wydaje.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies.