Przewiń do góry
łubienski bez zdjecia

Malowanie portretu własnej rodziny nie jest łatwe

Recenzja „Portretu rodziny z czasów wielkości" Macieja Łubieńskiego

Magda Melnyk

Im bliższa skórze koszula, tym mniej wygodnie się w niej pisze. Max Łubieński jest tego świadomy, stąd na wstępie zaznacza, że zadanie, którego się podjął, od początku mocno go uwierało. To dlatego z myślą o napisaniu tej książki nosił się długo. No bo czy to wypada tak pisać o swoich? Wiadomo, nie bardzo. Łubieński stara się jak może od obiektu swoich badań dystansować, zaliczając siebie samego do kategorii postpaniczyków. Nigdy na dworze nie mieszkał, raz na wycieczce w muzeum skromnie zwiesił brodę, gdy koledzy zaczęli dopytywać, czy Łubieńscy z portretów na ścianach to jego rodzina. No jego, i w tym szkopuł największy. Kilkakrotnie podkreśla, że tę książkę powinien był napisać jego ojciec Tomasz Łubieński, literacka sława. „Bo gdzie mojemu postpaniczykostwu do jego paniczykostwa par excellence?” – pyta otwarcie.

Historyk z poczuciem humoru

Jednak trzymając w rękach wydany niedawno „Portret rodziny z czasów wielkości” nie mam wątpliwości, że dobrze się stało, iż autorem jest syn Tomasza, Maciej. Max wychodzi z postawionego przed nim zadania obronną ręką dzięki własnym mocnym stronom. Warto się im przyjrzeć. 

Po pierwsze, jest świetnym historykiem, który nie tylko sam wie, ale rewelacyjnie potrafi się swoją wiedzą podzielić. Jednak bycie dobrym ekspertem to za mało, i tu z pomocą przychodzą ironia, dystans i poczucie humoru, jak przystało na założyciela „Pożaru w burdelu”. Efekt końcowy jest piorunujący. Otrzymujemy nie tyle losy rodu, co dzieje Polski z perypetiami rodzinnymi Łubieńskich na pierwszym planie opowiedziane językiem hiperwspółczesnym.

Nie ma nudy

Choć sama jestem humanistką, a na maturze zdawałam historię, z pewną nieśmiałością rozpoczynałam lekturę rozdziału poświęconego niejako „założycielom rodu”: biskupom Maciejowi i Stanisławowi, którzy rodzinę Łubieńskich wywindowali na sam szczyt i zapewnili miejsce na wąskiej ławce polskiej arystokracji. Historia duchownych z XVII wieku wydawała mi się przysłowiowym gwoździem do trumny całej opowieści, a przynajmniej tym fragmentem, który nie może być mocny. Tymczasem Łubieński w sposób fascynujący maluje przed nami zawiły proces awansu, z którym wiąże się umiejętne kumulowanie wysokich urzędów kościelnych. Tłumaczy, że biskupstwo biskupstwu nie równe, bo nie z każdego można wyciągnąć takie same zyski. Przypomina, że biskupi, podobnie jak dostojnicy świeccy, wygrywali zatargi zbrojnie. Tak odległe nam realia uwspółcześnia i sprawia, że stają się zajmujące.

portret

Portret rodziny z czasów wielkości
Maciej Łubieński
Wydawnictwo W.A.B
Liczba stron: 450
Data wydania: 30 września 2020

Twittujący minister

Fascynujący jest fragment dotyczący okresu rozbiorów. W tym czasie śledzimy perypetie jednego z najznamienitszych przodków autora, ministra sprawiedliwości z nominacji Napoleona, Feliksa Łubieńskiego. Same losy Feliksa opowiedziane są arcyciekawie. Jego konflikt z prymasem Raczyńskim autor brawurowo przenosi na Twittera, choć moim ulubionym fragmentem jest przyrównanie następców tronu do dzisiejszych start-upów.  „Następcy tronu byli w owych czasach tym, czym dziś są start-upy – obiecującymi markami, którym brakuje kapitału własnego, dlatego potrzebują inwestorów gotowych cierpliwie czekać w nadziei wielkich zysków”. Jednak to, co po przeczytaniu tego rozdziału (a dokładnie trzech rozdziałów) zostanie ze mną na zawsze, to opis rozbiorowych realiów. Łubieński pisze, że nasze wyobrażenie o wegetacyjnym przetrwalniku od zrywu do zrywu jest wymysłem późniejszych pokoleń. Pokazuje, jak nowe porządki zaprowadzone przez administrację pruską okazały się wielkim skokiem z tradycji do nowoczesności i nie oznaczały ciężkich prześladowań, a bardziej nową normalność, w której większość starała się odnaleźć.

Jednak bycie dobrym ekspertem to za mało, i tu z pomocą przychodzą ironia, dystans i poczucie humoru, jak przystało na założyciela „Pożaru w burdelu”.
Efekt końcowy jest piorunujący.

Herstory i LGBT

Książka, którą trzymam w rękach, jest na wskroś współczesna nie tylko ze względu na język, którego używa autor, ale także na obowiązującą dziś wrażliwość. Łubieński wyciąga z mężowskiego cienia ciekawe sylwetki prababć i praciotek. Przybliża także historię nie tak odległą, bo sięgającą dwudziestolecia międzywojennego, kiedy to Jerzy Łubieński, choć hrabia (do tego bajecznie bogaty), ze swoją homoseksualnością musiał się ukrywać.

Jeśli są wyroki, to trzeba je podważyć

Jest sprawą oczywistą, że wielkich tego świata po śmierci sądzą już tylko historycy. Rodem Łubieńskich – w szczególności co bardziej prominentnymi jego przedstawicielami w wieku XIX i XX – nie przestawali interesować się polscy badacze, a ferowane przez nich wyroki były o tyle groźne, że niejednokrotnie stawały się trwałym elementem oficjalnej wykładni polskich dziejów. Wydaje mi się, że Maciej Łubieński – historyk chce te stare „procesy sądowe” raz jeszcze sam prześledzić, podważając nie tylko pejoratywne wyroki, które zapadły na przestrzeni dziejów. Nierzadko przyczepia się też do schlebiających ocen.

I tu czas konkluzję, która jest jednocześnie moim pobożnym życzeniem. Byłoby wspaniale, gdyby Maciej Łubieński przepisał podręczniki do historii, z których uczą się nasze dzieci. Z pewnością uczniowie byliby zachwyceni, ile wyroków musiałby podważyć; może nasza historia, a dokładniej ujmując jej oficjalna wersja, stałaby się wreszcie strawna.

Magda Melnyk – publicystka, analityczka i reportażystka. Członkini redakcji LIBERTÉ!. Specjalizuje się w obszarze państw hispanojęzycznych, transformacjach ustrojowych, ruchach społecznych i prawach kobiet. Publikowała m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Plusie Minusie”, „Wysokich Obcasach”, portalach „Polityki” i „Newsweeka”. Autorka książki „Dlaczego Hiszpania trzeszczy” o hiszpańskich nacjonalizmach.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies.