Przewiń do góry
joanna-derks-jvgwC6AuZ44-unsplash

Mówić dużo, mówiąc bardzo mało

Recenzja „Nocnego promu do Tangeru" Kevina Barry'ego

Magdalena Narewska

Gdy przysiadłam na ławeczce obok dwóch namiętnie dyskutujących gentlemanów o wątpliwej reputacji, ciągnących do przodu powieść Kevina Barry’ego, od razu poczułam znużenie. No bo jak to tak, znów wdepnąć w tę przemieloną sytuację inscenizacyjną?

Dwóch stetryczałych nieco gangsterów i szorstki bromance, stare dobre i złe czasy… a wszystko na czysto, bez interpunkcyjnych znaków, justowania, pauz. Przetrzymali mnie jednak panowie na tej ławeczce, jak to zresztą mają w zwyczaju (oj, jeszcze będziecie współczuć osaczonemu chłopakowi z pierwszego rozdziału), aż, zamiast na to, co mówią, zaczęłam zwracać uwagę na to, jak mówią.

I w tym momencie poczułam, że Barry skradł moje serce, bo tak wyważony mariaż prozy poetyckiej z chirurgiczną precyzją udaje się naprawdę rzadko. Skalpel jego języka wycina skrawki z rzeczywistości przeszłej i zaprzeszłej, tworząc dość starannie, acz bez ładu i składu ułożony patchwork. Wszystko zgrabnie przetyka łańcuszkiem mięsistych przekleństw i powtórzeń, nadających rytm gangsterskiej pogadance, ciągnącej się przez niecałą dobę. Szatkując swoją historię, Barry za nic ma czas i chronologię zdarzeń. I bardzo dobrze, skoro tak naprawdę nie mamy nawet pewności, co się wydarzyło naprawdę, a co jest wykwitem umysłu na głodzie i kumpelskich przechwałek.

nocny prom do tangeru

Nocny prom do Tangeru
Kevin Barry
Wydawnictwo Pauza, 2020
Liczba stron: 224

Czas to zresztą cichy bohater tej egzystencjalnej powieści. Dekady, mówiąc językiem Charliego, minęły jak z bicza strzelił, a dzień i noc, spędzone w ponurym hiszpańskim porcie Algeciras w oczekiwaniu na przybycie nocnego promu do Tangeru, ciągną się i ślimaczą. Na pokładzie Maurice i Charlie mają spotkać Dilly – córkę jednego z nich, która uciekła przed przeszłością w chroniczne wagabundztwo.

Mała jest.
I ładna.
Widziałeś ją?
Przy hiszpańskich plażach sprzedaje wypiekane słońcem medaliony i najwyraźniej nie chce mieć z ojcem ani wujkiem nic wspólnego. Dlaczego? To właśnie – w dość enigmatyczny sposób – na kartach powieści objaśnia nam Barry.

Równie dobrze mógłby powiedzieć jeszcze mniej, niż mówi – zdaje się, że nie dla historii brnie się przez kolejne karty tej powieści, a dla krótkich momentów skupienia autora, któremu dość uniwersalne refleksje, ale i życie w ogóle, udaje się zamknąć w zdaniach nieoczywistych, chropawych, a jednak niezwykłej urody. Jeśli ktoś uzna to za przerost formy nad treścią, nie sposób go nie zrozumieć. Warto jednak pamiętać, że ,,Nocny prom do Tangeru” jest jedną z tych powieści, w przypadku których treść stanowi szkielet dla specyficznej formy. Nieco beckettowskiej, trzeba przyznać. Z tego, że dwóch czekających na coś Irlandczyków w opowieści równa się Beckett, autor doskonale zdaje sobie zresztą sprawę. Trochę na to narzeka, a trochę się tym bawi — z emfazą na zabawę.

Zdaje się, że nie dla historii brnie się przez kolejne karty tej powieści, a dla krótkich momentów skupienia autora, któremu dość uniwersalne refleksje, ale i życie w ogóle, udaje się zamknąć w zdaniach nieoczywistych, chropawych, a jednak niezwykłej urody.

Forma ta mogłaby stracić sporo w drodze przekładu. Na szczęście jednak zadanie to powierzono świetnemu Łukaszowi Buchalskiemu, który mieszając zapożyczenia z różnych gwar i dyskursów, tchnął życie w dialog rodowitych Irlandczyków, łatwy przecież do wyjałowienia. Jego ,,kompleksje” i ,,szuszwole” to przekładowe strzały w dziesiątkę.

Choć okoliczności, w których osadzono akcję — Algeciras, jeden z nieoficjalnych portów tranzytowych dla imigrantów z Afryki Północnej, przemytniczy światek — wręcz proszą się o diagnozy, Barry opiera się tej pokusie. Zamiast tego, skąpiąc faktów i detali, prowadzi nas przez opowieść o żalu i przebaczeniu, stawianiu czoła własnej przeszłości i efemeryczności pamięci. Być może wpadłam w pułapkę przebiegłego autora, który po prostu doskonale wie, kiedy zamilknąć. Urywa kłótnie, mówi do nas skrótami, które przeszłyby wyłącznie w rozmowie dobrych kumpli. Taka forma narracji pozwala wyobraźni hulać i wodzi na pokuszenie, jest jak wieczne czekanie na drop, który nigdy nie nadejdzie.

Mówimy dużo, mówiąc bardzo mało” – przyznał Barry w rozmowie z L.A. Times”. Uważam, że ta cecha, w przypadku uznawanej za irlandzkie objawienie ubiegłego roku Sally Rooney stanowiąca mankament, tutaj zdecydowanie została przekuta w zaletę. I dlatego, gdybym została poproszona o polecenie lektury idealnej na początek przygody z irlandzką prozą współczesną, zdecydowanie postawiłabym na Barry’ego.

Magdalena Narewska (ur. 1994) – copywriterka, tłumaczka, filmoznawczyni współpracująca z Fundacją OFF Camera. Autorka tekstów prozatorskich, publikowanych m.in. w ,,Tlenie Literackim” i ,,Stronie Czynnej”. W wiecznym rozkroku między Polską a Portugalią, kinem a literaturą, naturą a kulturą.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies.