Przewiń do góry
keagan-henman-IP7QFifvezo-unsplash

Konstelacja Huelle

Recenzja „Tality" Pawła Huellego

Damian „Słoń" Wesołek

Pusta noc, świat jest już stary. Tak jak kaszubska chata, co za wsią, za rzeką, na skraju pola. Przygotowana jest już i izba – zasłonięto okna, zapalono gromnice, wyjęto z zawiasów drzwi. Wprowadzono też trumnę, w niej leży dziewczynka, może dwunastoletnia, na skraju dzieciństwa, a już za progiem śmierci. Autor kroczy wokół, zapala małe świece jego prozy: gdańskość, kaszubskość, zamysł nad czasem i wiecznością, religijność wobec kościoła i grzech, zapomnienie, melancholię, wiosenne roztopy, znikanie świata i jego niepewną obecność, to, co odzyskane, i to, co poniemieckie, co odebrane i odbierane jako odwołania do klasyków, gry intertekstualne, widmo prałata J., przedwojnie, duchy, powidoki, dni dzieciństwa, łacinę i grekę, to, co niewidzialne, lecz obecne, to, co nieobecne, lecz nadal widziane. Świece się kopcą, izbę wypełnia dym. Autor zaklęciem uwodzi czytelnika: „was wszystko, sobie nic”. I czytelnik gotów jest uwierzyć – oto dziewczynka powstaje ze zmarłych, a my napotykamy jej nieludzki już wzrok. Nagle – trzaskają okiennice, ciąg powietrza rozwiewa dym, szeleszczą kartki. Autor kończy opowiadania i prosi, aby zaczekać, zaraz zaczniemy na nowo. Jedynie świece zapłoną w innej kolejności.

*

„W sztuce przestało już chodzić o oryginalność, może nawet nigdy o nią nie chodziło. Być może jej stawką od zawsze było coś bardzo jej bliskiego, choć nie identycznego”, rozpoczyna rozważania w Fotokonstelacjach. Wokół Marka Piaseckiego Paweł Mościcki. I zaraz odpowiada – w sztuce chodzi o jednostkowość artysty, jego osobność. Tym, co ją dziś wyznacza „jest konstelacja, czyli zbiór różnorodnych elementów, których nie łączy żadna nadrzędna figura czy pojęcie (…). Osobność każdej twórczości wyłania się właśnie razem z taką konstelacją, która – niczym układ gwiazd na niebie – rozświetla czasem obszar kulturowej wymiany”. Dotyczy to w pełni Pawła Huellego, gdańskiego autora, który rozkochał pod koniec lat osiemdziesiątych publiczność i krytykę sztuczkami Weisera Dawidka, dla mnie przede wszystkim autora świetnych Opowieści chłodnego morza, dialogu z klasyką w powieści Castorp czy – ważnej jedynie dla niektórych – sygnatury melancholika w postaci Ulicy Świętego Ducha i innych historii. Autora, który niezmiennie tworzy rekonfigurując wątki, swoje obsesje, tematy. Nie inaczej sprawa ma się w przypadku nowego zbioru opowiadań, wydanej po pięcioletniej przerwie Tality. Wszystko to już znamy i należy pamiętać, że w mocy nadal pozostaje kierkegaardowskie motto z Castorpa: „Właśnie dlatego że było, powtórzenie staje się nowością”.

W Talicie Huelle pozostaje autorem osobnym i konsekwentnym, a powracając uporczywie do tych samych wątków tym wyraźniej udowadnia, że jest jednym z najlepszych w języku polskim rzemieślników literatury. To właśnie warsztat, techne sztuki, doszlifowana huellowa fraza i świetnie dobrany najwyższej jakości materiał językowy niosą zachwyt lektury. Talitę niosą – czy też unoszą („surge, amica mea, et veni!”) – akapitowe olśnienia, wspaniale napisane strony, zdania, które należałoby wypisywać do kajetu i traktować jako drogocenne samorodki. Jak zaraz się przekonamy, sam autor zdaje się o sobie myśleć jako o (arcy)dzielnym rzemieślniku, mnożąc figurę rękodzielnika (opowiadania Szewc, Krawiec, czy też powracające pianistki) oraz przypisując jej wgląd w inny wymiar rzeczywistości.

talita

Talita
Paweł Huelle
Wydawnictwo Znak
Liczba stron: 320
Premiera książki: 30 września 2020

Ten zbiór opowiadań to jedynie – i aż – „cudowna ramota”. Jeśli szukasz, czytelniku, łatwego awangardyzmu lub gonisz za kurami nioskami aktualności, nie znajdziesz tu zbyt wiele dla siebie. Jeśli jednak masz w sobie odrobinę nostalgii lub w twoich żyłach płynie wiele czarnej żółci, a twoja edukacja obejmowała prozę XIX-wieczną, znajdziesz tu niespieszną, bogatą lekturę. Dwie rzeczy jednak nie dawały mi spokoju. Pierwsza –  pewien niedosyt. Jednak mnie Talita nie poruszyła, zachwycała, ale nie zachwyciła. Druga – to huellowe poszukiwania metafory dla własnego pisarstwa, jakby rzemieślnik jednak nie wystarczył. Biblijne odwołanie, które może spędzać sen – lub śmierć – z powiek.

*

„Talita kum” – „Dziewczynko, mówię ci, wstań”, przemówił w ewangelii św. Marka Jezus. I dziewczyna, martwa, powstała do życia. Mogłoby się zdawać, że to poręczny zaczyn interpretacyjny – opowiadanie za opowiadaniem autor powtarza te słowa, ożywiając bohaterów, niczym wodzirej w literackim resurrection show. Nawet wydawnictwo sugeruje coś podobnego, wskrzeszając w blurbie cytatem o Huellem zmarłego przed dwudziestoma laty Jana Kotta. Błędem jest jednak to powierzchowne porównywanie dzieła pisarskiego do czynów Jezusa – literaci bywają megalomanami, ale nawet jeśli gdańszczanin również nim jest, to domaga się jednak skromniejszej ofiary, powtarzając klasyczną litanię „w intencji Autora”. Co zatem przywoływać mają biblijne odniesienia?

„W «Talicie» Huelle pozostaje autorem osobnym i konsekwentnym, a powracając uporczywie do tych samych wątków tym wyraźniej udowadnia, że jest jednym z najlepszych w języku polskim rzemieślników literatury.”

Otóż czyny Chrystusa, jak opisano w Dziejach Apostolskich, powtarza jego uczeń, święty Piotr. W Jafie zmarła niejaka Tabita, co znaczy Gazela, krawcowa opłakiwana przez liczne wdowy, które proszą Piotra o interwencję. „Tabito, wstań”, przemawia Apostoł, a kobieta ożywa. Ten gest powtórzenia jest cudem z drugiej ręki, działaniem Boga poprzez kapłana, a skromne przesunięcie, chciałoby się rzec literówka w imieniu zmartwychwstałej, każe wierzyć, że jest to jedynie echo cudu dokonanego przez Mesjasza. Również sam Huelle nie ponawia powtórzenia, nie udaje Piotra – stawia się raczej w innej roli: wskrzeszanego przez pismo.

Pisarz, przypomnijmy, jest rzemieślnikiem, który „spędził wszystkie te lata na jednej ulicy, zamknięty, we własnej wieży czasu. Wszystko miało swoje sobowtóry, ale nie były one takie same, niczym pary butów, które robił na miarę”. Wszystko w tej prozie ma swoje sobowtóry – zarazem wszystko to jest „innym powtórzeniem”, tak jak cud ożycia Tabity nie był tym samym, co cud Tality. Innym powtórzeniem, tym razem powstania tekstu i życia bohaterów, będzie jego odczytanie, lektura, która powtarzać się będzie po śmierci autora, lektura, która będzie go wskrzeszać i ożywiać jego głos szepczący o tajemnicach starego Gdańska. Huelle, Tabita, w melancholijnej grze sobowtórów, przemawiał będzie zza grobu: „Lubiłem szept ogrodów. Ich wilgoć nadmorską, szelest niespodziewanych liści, ciemność pomiędzy ścianami wypalonych kamienic, granatowy mrok”.

Damian „Słoń” Wesołek – pisarz, kopista, tłumacz. Melancholik, filolog, włóczykij. Na czterdzieste urodziny planuje wydać własnym sumptem Opera omnia. Recenzowanie książek go nudzi, ale docenia kreatywny potencjał nudy. Lubi krótkie powieści.

2 comments

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies.